niedziela, 26 kwietnia 2009

Dedykując Małgorzacie Południak

Czupurna...

W mojej czasoprzestrzeni, czas okrada przestrzeń
Zabija na raty, kawałek po kawałku
Bezsilna kurczy się pokornie, by zniknąć zupełnie.
Nie wiem czym jesteś –naiwnym złudzeniem?
Grzesznych myśli procesem ciągle niezbadanym?
Być może Cię nie było, w mej głowie tylko trwałaś
Jako wyobrażenie idealnego ciała, idealnego ducha...
Być może Cię wymyśliłem, wskrzesiłem urojenie...
Czym byłaś czarnowłosa Czupurna Wariatko?
Idei świata cieniem, któremu ja nierozważnie przypisałem istnienie?
Czy nie byłaś jedynie moich myśli strumieniem, skoro tak niewiele pamiętam...
Odeszły w zapomnienie wszystkie burzowe dni.
Kiedy czas zechce złowić mego świata przestrzeń, chcę spać,
pod kotarą powiek dzierżąc Cię w ramionach.
W godzinie ostatniej bądź mi rześkim śnieniem.
Ostrzem śmierci przebity, choćbyś urojeniem sennym tylko była
Zabiorę Cię z sobą w wieczność, w prawdę sen przemienię
Z czasoprzestrzeni niebytu przejdziemy w istnienie...

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Poród

Ciemność przesłoniła słońce umysłu
Wysiadywane przez Nudę demony
Wykluwają się w bezczynności
Bez bólu
Nieoczekiwanie
Niczym świeżo upadłe jabłka
Bezlitośnie skazane na gnicie
Tchnieniem niepomyślnego wiatru...

niedziela, 19 kwietnia 2009

Wieczór zimowy

Ponura niespokojna noc
Wiatr wali głową o drzwi
Niczym zabłąkany pielgrzym
Rażony piorunem obłędu
Niechaj mnie przeklina jadowitym szeptem
Po kres wieczności
Równie niepojętej jak rozwścieczona samotność
W rozjuszonym lesie
I tak nie otworzę
Podłe nogi z pewnością
Nie zechcą słuchać rozkazów
Jeszcze jeden kieliszek
Może zrobi się cieplej
Wystarczająco by zasnąć
Widma przeszłości oplotą mą szyję
Zaciskając szpony możliwie jak najsilniej
Byle nie udusić i dla piekielnej ekstazy
Pognębić zszarganym życiem

Ukażą żonę w sińcach
Córkę wyrzuconą na śnieżno-biały bruk
Towarzystwo zakładów
Niezliczonych burt
Mnie – tonącego w gęstym szambie długów
Nikczemnego kata
Oraz każdą sekundę
Sunącą tempem geparda

Pamięć ćwiartuje serce
Żal rozrywa płuca
Ból zadany niewinnym
Ciemięży najtrwalej
Nie chcę wybaczenia
Nie pragnę współczucia
Brudna rzeczywistość nad wszystko sprawiedliwa
Tłumi odbierającą tchnienie rozpacz
Potrzeba mi tylko wiedzieć
Że potrafisz śmiać się
Że nie myślisz o mnie okaleczona psyche
Obdarta z najświeższych lat swego dzieciństwa
Gdyby było inaczej
Wstyd ściąłby moją duszę
Jeżeli Twoja matka wciąż potrafi śpiewać
Niech zanuci balladę
O tym co nie istniało
Niech ubierze w dźwięki niewyrzeczone słowa
I jedną słodką pieśnią zamroczy pamięć zuchwałą
Jeszcze jeden kieliszek
Już wiatr swym lamentem mąci płynne zmysły
Spojrzenie mętnieje
Światła przygasają
Dajcie mi odpocząć wściekłe maszkarony
I wy demony niezłomne
Ssące w rytmie rozkoszy nadzieję skonaną
Dajcie snowi pierwszeństwo
A potem gdy w niebie nie zechcą
Do zobaczenia w drodze
Na wieczną przegraną…

niedziela, 5 kwietnia 2009

Dedykując Emmie...

Ego-ocean

W opuszczonym przysiółku Nad wyschniętym stawem
Obok upadłej kapliczki wciąż tkwi nasz dom
Wymyty z podłóg z sitowym dachem
Pełen ptasich gniazd
Podobno jest pusty
Jakby paleta ptasich słów wyblakła
Szczere piękno niezauważane mijane
W świetle ludzkiego bytu
Masz raję
Byli wspaniali
Nasze długie letnie wieczory
Spędzone na spróchniałej dziś ławce
Uszlachetnione tonami gawęd do późnej nocy
Mimo że odeszli czuję obecność
Ich dusze kursują tu częściej niż zbawienny deszcz
Nie myśl o nich
Sięgnij do ptasich gniazd
Mów o najczystszym śpiewie
To dziwne
Nigdy nie rozmawialiśmy o ptasich pieśniach
Nigdy nie zwróciliśmy na nie uwagi
Choć towarzyszyły nam każdego wieczoru
Najbłahsza sprawa
Najważniejsza
Byle tylko ludzka
Zuchwała profanacja szepczącego piękna...